24.03.2014
poniedziałek

„Miłość na Krymie” w Teatrze TV: Rosja bez samowara

24 marca 2014, poniedziałek,

W poniedziałkowy wieczór widz naszej drogiej, publicznej TVP miał do wyboru: albo Jedynka i „Miłość na Krymie” Sławomira Mrożka w Teatrze Telewizji, albo Dwójka i tysięczny któryś (a może już parotysięczny?) odcinek serialu „M jak miłość”. Czyli tu miłość i tu miłość, choć w trochę innym ujęciu. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że serial zgromadził parokrotnie większą widownię, ale ci, którzy wybrali teatr i dotrwali do końca, też mieli bardzo udany wieczór, jak mówiły kiedyś spikerki zapowiadające program.

Oczywiście byłoby milej, gdyby publiczność oglądająca Mrożka była znaczniejsza, lecz i tak możemy się pocieszać, iż Teatr Telewizji to nasza największa scena. Zdaniem niektórych krytyków – najprawdziwsza scena narodowa. W każdym razie taką właśnie rolę odegrała w poniedziałkowy wieczór, także dlatego, że oglądaliśmy spektakl przeniesiony z Teatru Narodowego.

Premiera odbyła się 17 stycznia 2007 r. Wiele się od tej pory zmieniło. Nie żyje Sławomir Mrożek, nie żyje reżyser Jerzy Jarocki, postarzeli się trochę aktorzy, co kamera telewizyjna bezwzględnie wychwytuje. Samo słowo „Krym” w tytule wywołuje dzisiaj całkiem inne skojarzenia niż 7 lat temu. Na szczęście Jan Englert, reżyser telewizyjnej wersji, nie próbował dodawać aktualnych znaczeń, ponieważ, po pierwsze, nie było takiej potrzeby. Dramat Mrożka jest doskonałą analizą rosyjskiej duszy i nie wymaga uzupełnień.

Ale „Miłość na Krymie” to jednocześnie wyrafinowana gra, jaką autor prowadzi z naszymi wyobrażeniami o Rosji. Wystarczy przypomnieć pierwsze sceny: zobaczcie, zdaje się mówić Mrożek, jak łatwo wam wmówić, że oto łykacie rosyjskie klimaty. Wystarczy samowar, rzewna śpiewka „Jamszczik nie gani łoszadiej” i strzelba na ścianie, żebyście poczuli się komfortowo, tak jest, wiemy, wiemy, to z Czechowa, i skoro wisi, to musi wystrzelić.

Z takich oczywistych, czechowowskich aluzji zbudowany jest cały pierwszy akt: ktoś widział na dworcu trzy siostry udające się do Moskwy, z kolei kupiec Czelcow zamierza kupić wiśniowy sad od Raniewskiej itp. Jest 1910 r., stara inteligencka Rosja wyleguje się w pensjonacie na Krymie, nie wiedząc, że strzelba wkrótce naprawdę wystrzeli, a Lenin nie może się doczekać, kiedy wbiegnie na scenę historii. Mrożek niczego nie oszczędzi swym bohaterom. W następnym akcie oglądamy ich w 1928 r., kiedy system sowiecki przypisał im nowe role. Główny bohater tej tragicznej komedii, poeta Iwan Nikołajewicz Zachedryński, jest teraz zastępcą naczelnika ds. widowisk, prasy i widowisk, czyli regularnym cenzorem. Na niwie poezji ma poważnego konkurenta, proletariackiego wierszokletę Zubatego, który zresztą złoży na niego donos. Reszta towarzystwa poznanego w pierwszym akcie z trudem odnajduje się w nowej rzeczywistości.To nie koniec podróży przez historię. W trzecim akcie mamy Rosję kapitalistyczną, jest bowiem rok 1990. Zachedryński wraca z łagru i, tak jak pozostali bohaterowie, jest już tylko duchem dalekiej przeszłości. Naprawdę realni są jedynie miejscowi cwaniaczkowie oraz kupiec z żoną wybierający się do Ameryki. Tyle zostało z czechowowskiej Rosji, którą tak bardzo lubimy się wzruszać w teatrze. Same fantomy. Samowar jest już zbędnym rekwizytem, dlatego służąca chce go sprzedać, lecz nie może znaleźć nabywcy. Tymczasem nad Krymem rozciąga się mgła, w której pojawia się m.in. sowiecki generał i wilkołak, a caryca Katarzyna Wielka robi przyśpieszony strip-tease.

Jan Englert, przygotowując telewizyjną wersję „Miłości”, zachowywał się jak wierny tłumacz, który nie chce niczego uronić z oryginału. Pozostając w konwencji teatru, nie unikał jednak środków wyrazu typowych dla filmu (czego próbkę mieliśmy już w pierwszym długim ujęciu, rozpoczynającym się od parasolki Tatiany zajmującej cały kadr). Przede wszystkim zaś pokazał aktorów w bliskich planach, co dało doskonały efekt. Ci, którzy widzieli „Miłość” wcześniej w teatrze, dopiero teraz mogli w pełni docenić popisy aktorskie Jana Frycza, Janusza Gajosa, Anny Seniuk, Małgorzaty Kożuchowskiej, Jolanty Fraszyńskiej, Mariusza Bonaszewskiego, Jerzego Radziwiłowicza i pozostałych.

Jeżeli TVP może od czasu do czasu pochwalić się działalnością misyjną w ścisłym znaczeniu słowa, to z taką właśnie sytuacją mieliśmy do czynienia w poniedziałek wieczorem.

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. Oni maja De Niro a my o niebo lepszego Frycza ,który miał pecha urodzić się w zaścianku.

  2. Wspaniały spektakl,wspaniła gra aktorska.Dzięki TVP za to widowisko.

  3. Spektakl super. Nie wszyscy mają dostęp do Teatru , prosimy o zwiększenie nadawania spektakli. Świetna obsada, świetny temat.

  4. Tak jak dwa pierwsze akty oglądałem z zainteresowaniem, tak do obejrzenia trzeciego musiałem się bardzo mobilizować i nie wyłączyłem telewizora tylko z szacunku dla Mrożka.

  5. Widowisko dostarcza niezapomnianych wzruszen, wspaniała gra aktorów. Proszę o wiecej.

  6. Dziękuję za “strawę dla ducha”, cieszę się na każde przedstawienie Teatru TV na żywo. Z sentymentem wspominam “dawne” poniedziałkowe po 20:00 seanse.
    Widziałam premierę w Teatrze Narodowym, a wczoraj znów miałam możliwość podziwiać cudną grę aktorów, którzy mimo upływu kilku lat grali niezmiennie młodo.Obraz na ekranie telewizora pozwolił mi być jeszcze bliżej nich i dzięki temu bardziej dokładnie wniknąć w treść sztuki.
    Czekam na podobnie wartościowe propozycje.

  7. tych pechowców z zaścianka jest trochę więcej, tak więc Frycz i cała reszta aktorów osładzają nam życie, zwłaszcza widzom na prowincji.

  8. podziwiamy grę amerykańskich aktorów, a przecież mamy naszych wspaniałych – godnych Oskara.Ten spektakl to wspaniały pokarm dla ducha.

  9. A mnie zachwycił Mariusz Bonaszewski, naprawdę świetny aktor. Hohohho

  10. wspaniałe widowisko ,oraz gra AKTORÓW czemu tak mało jest takich widowisk, może zmądrzejemy i zaczniemy ogladac teatr

  11. Tym którzy nie widzieli tego spektaklu i tym, którzy chcieliby go jeszcze raz obejrzeć polecam stronę http://www.ninateka.pl, na której ma być dostępny od 27 marca:

    “27 marca, w Międzynarodowy Dzień Teatru, Narodowy Instytut Audiowizualny udostępni premierowo na stronie http://www.ninateka.pl spektakle wyreżyserowane przez osobowości polskiego teatru. Oprócz “Miłości na Krymie” premierowo pokazany zostanie “Wiśniowy sad” w tłumaczeniu Jerzego Jarockiego, w reżyserii Izabelli Cywińskiej.”

  12. Strata prawdziwego teatru TV to jedna z największych strat transformacji….. A co do poniedziałkowego wieczoru – miałem wrażenie, że na koniec Autorowi tekst się trochę rozlazł, i tak samo spektakl reżyserowi. Ale aktorstwo zaiste przednie!

  13. Jak na prowincjusza przystało teatr obejrzałem i – jak najczęściej bywa (bo nie zawsze, szczególnie gdy autor i reżyser chcą upamiętnić bohaterów drugiej wojny i tzw. “żołnierzy wyklętych”) – przeżyłem duchową i estetyczną ucztę. Anna Seniuk, Jan Frycz, Janusz Gajos, jak na mistrzów przystało, dali popis wielkiego aktorstwa. Ale i pozostali, w tym ci o pokolenie młodsi, zachwycali. Więc niech TVP pamięta o prowincji, która jak cała Polska korzysta z Internetu, to z żywego teatru już rzadziej.

  14. Do zachwytów nad grą aktorów dodajmy trafne namalowanie rosyjskich i radzieckich klimatów. Znać tu – jak słusznie zauważa Redaktor – wpływy Czechowa. Ale i pióro Mrożka ma tu ogromne znaczenie.

css.php