18.10.2016
wtorek

Benefis Marty Lipińskiej

18 października 2016, wtorek,

Czy aktor jest w stanie zagrać bardzo dobrze w drugorzędnej sztuce? Zdania są podzielone. Marta Lipińska w Teatrze Współczesnym udowodniła, że jest to możliwe.

Gdyby powstał ranking najbardziej lubianych polskich aktorek, znalazłaby się zapewne na samym szczycie listy. Dodatkowe punkty dostałaby za ostatnią premierę w Teatrze Współczesnym. Kiedy w finałowej scenie wychodzi tanecznym krokiem w stronę widowni, ta urządza jej standing ovation, i bynajmniej nie jest to przymusowe wstawanie z miejsc, praktykowane ostatnimi czasy na stołecznych premierach.

W farsie „Lepiej już było”, której autorką jest urodzona w Anglii, lecz mieszkająca w Kanadzie Cat Delaney, Marta Lipińska gra (bardzo) emerytowaną aktorkę, która w wieku 80 lat znalazła się w skrajnej biedzie. Kiedyś, grając w sztukach szekspirowskich, stawiała ze sceny najważniejsze pytania, jakie ludzkość zadaje sobie od wieków, teraz ma do wyboru: albo zapłacić czynsz, albo wykupić leki. Wybiera lekarstwa, a jeszcze musi wykarmić kolejne koty, którym nadaje imiona bohaterów opowieści Okrągłego Stołu. Właśnie umarł ostatni, a jej zabrakło środków na kremację.

Postanowiła zatem zakopać ulubieńca na trawniku, co spowodowało gwałtowny protest gospodarza domu, który składa na nią skargę do policję. Tak się wszystko zaczyna. Nasza bohaterka wchodzi na złą drogę, lecz nie należy brać tego dosłownie. Po prostu chce trafić do więzienia, zwłaszcza kiedy policjantka powiadomiła ją, że w celach wymieniono materace i po pierwsze jest tam ciepło. Do wiosny jeszcze dwa miesiące, a w jej mieszkaniu wyłączono ogrzewanie. Zaczyna więc grać swoją komedię gangsterską, z akcentem na grać, ponieważ umiejętności aktorskie przydadzą się także podczas napadu na bank.

„Lepiej już było” nie jest farsą wybitną, prawdę mówiąc, to tekst klasy B, w najlepszym wypadku, o premierze też pewnie nie warto byłoby szerzej wspominać, gdyby nie rola Marty Lipińskiej. Która przez cały spektakl bawi i wzrusza, by użyć tego najbardziej wyświechtanego komplementu, ale też w tym wypadku trudno o inny, bardziej adekwatny. To poniekąd benefis wybitnej aktorki, choć sztuka bynajmniej nie jest monodramem, owszem, pokazuje się na scenie sporo postaci, są wspomniana policjantka, adwokat, sędzia czy współlokatorki aresztu, wśród nich narkomanka i prostytutka, ale mimo przynajmniej kilku całkiem udanych ról obchodzi nas tylko pani Quipp.

Co nie znaczy, że Lipińska chce „ukraść” spektakl innym aktorom, przeciwnie, robi wszystko, żeby i oni mogli pokazać się z najlepszej strony. Farsa, jak to jest w tym gatunku, składa się z ciągu dialogów skeczy, w których Quipp zyskuje przewagę nad interlokutorami, choć obiektywnie oceniając, stoi na przegranej pozycji. Oni reprezentują władzę, bogactwo czy młodość, ona zaś jest stara, biedna, bezbronna, schorowana. Ma do zaprezentowania jedynie godność starej kobiety, która, choć z pokorą przyjmuje zrządzenia losu, nigdy do końca im się nie poddaje. Wie, że innym też niekoniecznie jest lekko, stąd jej nieprzebrane pokłady empatii. W życiu różnie bywa, ale w farsach takie osoby zwykle zasługują na szczęśliwe zakończenie, tak też będzie tym razem.

Lipińska we wszystkich tych dialogach gra poniekąd siebie. Czyli kobietę ciepłą, lubiącą innych ludzi, pogodzoną z upływem czasu, którą przed zgorzknieniem chroni poczucie humoru, czasem koloru czarnego, i ogólnie ironiczny stosunek do życia. Prawdę mówiąc, domyślamy się tego, gdyż oceniamy przecież aktorkę na podstawie granych ról. Ale wydaje się, że są stany ducha, których nawet najwybitniejszy aktor nie zagra, jeśli owych cech nie znajdzie w sobie. Dlatego publiczność chodzi do teatru „na Lipińską”. To jedna z ostatnich naszych aktorek, na którą „się chodzi”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php