4.12.2016
niedziela

Najbardziej niedoceniany polski reżyser

4 grudnia 2016, niedziela,

Zmarł Tadeusz Chmielewski, świetny reżyser, niespotykanie skromny człowiek. Twórca filmów, które do dziś się ogląda, nie zawsze pamiętając, kto był ich autorem.

Był tylko rok młodszy od Andrzeja Wajdy. Nie przystąpił jednak do „szkoły polskiej”, mimo że miał akowską przeszłość, później też trudno byłoby go przypisać do określonej grupy twórczej. Wybrał własną drogę, którą podążał często na przekór obowiązującym trendom. Kiedy jego rówieśnicy, korzystając z odwilży 1956 r., zajęli się historią i polskim losem, on nakręcił komedię „Ewa chce spać”. To jedyna taka komedia w polskiej kinematografii. Ujęta w formę baśniowej groteski, pozornie dziejąca się poza czasem i miejscem, jednocześnie pozostająca w tutejszych krajobrazach.

Przede wszystkim zaś początkujący reżyser narysował wspaniałą galerię typów ludzkich, włącznie ze światkiem przestępczym, też przedstawionym ciepło. No i w czołówce stawka młodych, początkujących wykonawców, a wśród nich przede wszystkim Barbara Kwiatkowska i Stanisław Mikulski. Nic dziwnego, że „Ewa” podobała się też za granicą, zdobywając m. in. Złotą Muszlę festiwalu w San Sebastian. Aż dziw, że telewizje jej nie wznawiają, przypominając za to znacznie mniej wartościowe tytuły.

Dzisiaj Chmielewski znany jest najbardziej jako twórca „Jak rozpętałem II wojnę światową”, gdzie Marian Kociniak zagrał kanoniera Franciszka Dolasa, tworząc jedną z najbardziej wyrazistych postaci naszego kina. To polski cwaniaczek, sól tej ziemi, „niepękający” w żadnej opresji. Nikt mu nie podskoczy, ale też z każdym się dogada, nawet z cudzoziemcem, nie znając języka obcego. Jak oszukiwać na migi, to był jego autorski wynalazek. Taki Szwejk nieco kieszonkowy, ale publiczności bardzo się podobał. Lubimy po prostu, kiedy rodak nie daje sobie w kaszę dmuchać. Dzisiaj też nie brakuje u nas Franków Dolasów, a niektórzy robią właśnie kariery na emigracji zarobkowej.

Ogromną popularność zyskał też następny komediowy film Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku”, według precyzyjnie napisanego scenariusza, w którym jednego dnia w Warszawie splatały się losy różnych bohaterów. Tu już mieliśmy więcej „realu”, zwłaszcza peerelowskich paradoksów (jak choćby poszukiwanie jakieś drobnej części do maszyny (chyba trybinki?) przez wysłannika Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Z tego filmu pochodzi kilka niezapomnianych scen, m.in. Bohdan Łazuka wracający z nocnej eskapady wzdłuż torów tramwajowych.

Wszystkie komedie Chmielewskiego (także „Wiosna, panie sierżancie”, „Pieczone gołąbki” czy „Gdzie jest generał?”) trafiały do szerokiej widowni, nie tylko dlatego, że zawsze mieliśmy deficyt tego rodzaju filmów. Chmielewski pokazywał ludzi dobrych, choć na pierwszy rzut oka można było odnieść inne wrażenie, nie bał się happy endów, więc widz wychodził z kina w dobrym nastroju. To oczywiście tylko jedna z funkcji kina, ale u nas zwyczajowo zaniedbywana. Reżyserowi chyba niespecjalnie zależało na pochwałach krytyki, choć tych też nie brakowało, i udziale w festiwalach. On przez lata urządzał swej widowni festiwal dobrych filmów.

Był jednak nie tylko specjalistą od komedii. W jego dorobku znajdują się dwa tytuły z innego zbioru, obydwa wyjątkowe. Przede wszystkim „Wśród nocnej ciszy”, jeden z najlepszych polskich kryminałów wszech czasów, o czym dzisiaj mało kto pamięta. Ale też „Wierna rzeka”, bardzo porządna ekranizacja Żeromskiego, która w stanie wojennym trafiła na półki, a ówcześni dysponenci polityczni zarządzający kulturą zapewniali nawet, że film ten – jako antyrosyjski – nigdy nie trafi na ekrany. No cóż, powstanie styczniowe rzeczywiście było antyrosyjskie. A „Wierna rzeka” doczekała się premiery, choć szkoda, że musiała czekać tyle lat.

W ostatnich latach życia Tadeusza Chmielewskiego uhonorowano polskimi nagrodami branżowymi za całokształt twórczości, co nie zmienia jednak faktu, że pozostał najbardziej niedocenionym polskim reżyserem.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Pamietam niektore z jego filmow.
    Wszystko przemija i zamienia sie w stardust.

    Slawomirski

  2. A ja sadze ze najbardziej niedocenianym polskim rezyserem jest Grzegorz Krolikiewicz. To chyba jedyny polski rezyser ktory traktuje kino jako osobna sztuke. Dla wiekszosci innych rezyserow kino to literatura w obrazkach. U Krolikiewicza dzwiek, montaz i ruch kamery sa rownie wazne jak narracja ktora zreszta jest neciagla i akcja jest czesto umieszczona poza kadrem. Krolikiewicz, Has i Zulawski zasluguja na wiecej uwagi jako mistrzowie formy filmowej. Wajda jest w tej kategorii w Ziemii Obiecanej i Weselu.

  3. Tak. Warto przypominać, że ten twórca sympatycznych polskich komedii miał w swoim dorobku i znakomite filmy podszyte nutą najpoważniejszą…
    „Wśród nocnej ciszy” – stylowy kryminał o wielkiej i niespełnionej miłości synowsko-ojcowskiej, tak zdumiewająco wyrażanej – trzyma wciąż w napięciu do samego finału. A gdy o finałach mowa… to jeśli z całej historii polskiej kinematografii miałbym wymienić dzieło, które chciałbym, by zakończyło się inaczej, wymieniłbym… „Wierną rzekę”. We wszelkich prywatnych rankingach na „najpiękniejszą polską aktorkę” zawsze też u mnie zwycięży Pani Pieczyńska w tym właśnie filmie. pa pa m

  4. Zaiste, Reżyser wyśmienity. I niedoceniony, jak wielu zresztą. Niech Spoczywa w Pokoju.
    A’propos dygresji Gospodarza o Frankach Dolasach robiących kariery na emigracji zarobkowej, to odnoszę wrażenie, że gdzieniegdzie mają ich już serdecznie dość. Właśnie tych polskich cwaniaczków, którym nikt nie podskoczy, którzy nie znając angielskiego wykiwają „Angola”, tych fachowców od wszystkiego, znakomitych kierowców „uczących” techniki jazdy oraz drogowego savoir-vivre’u nieokrzesanych Wyspiarzy, a także zasad polskiego kodeksu honorowego gdzie jest tylko jeden punkt: „Za wszystko lej w mordę”. Brexit to w jakiejś części również „zasługa” naszych Dolasów.

css.php