WIDZIMISIE - blog Zdzisława Pietrasika WIDZIMISIE - blog Zdzisława Pietrasika WIDZIMISIE - blog Zdzisława Pietrasika

16.09.2014
wtorek

Po nas „Potop”

16 września 2014, wtorek,

Tytuł zużyty, ale oto nabiera zupełnie nowego znaczenia. Jak powiedział w Gdyni dyrektor Filmoteki Polskiej przed galowym pokazem zrekonstruowanej (i skróconej o dwie godziny) wersji „Potopu” – nowa kopia przetrwa trzysta lat w najgorszym wypadku. Prawdopodobnie trzysta pięćdziesiąt albo jeszcze dłużej. To jest mniej więcej tyle czasu, ile upłynęło od wydarzeń opisywanych w dziele Sienkiewicza. Informacja działa na wyobraźnię.

Jest zatem film Jerzego Hoffmana pierwszym w dziejach naszej kinematografii prezentem dla pokoleń, które przyjdą za trzy, cztery wieki. Czy będą Polakami w takim sensie, jak my jesteśmy, czy zechcą „Potop” oglądać, czy po drodze nie wydarzy się jakiś kataklizm – to jest wszystko tematem na powieść typu science-fiction.

W pierwszym zdaniu mógłby znaleźć się fragment zapowiedzi programu jakiejś mutacji przyszłej telewizji: „15 września 2314 r. W cyklu »Bardzo stare kino«: »Potop Redivivus«…”. Tymczasem powiedzmy, jak odnowiony Sienkiewicz broni się w 2014 r.

Pierwsze wrażenie: to była jednak bardzo porządna robota, bez dwóch zdań. I aż się wierzyć nie chce, że wszystkie sceny masowe kręcone były w skali 1 do 1, bez efektów komputerowych. Jak obrona Częstochowy, to obrona Częstochowy w autentycznym miejscu, jak bitwa, to z udziałem przynajmniej kilkuset statystów. Wiele współczesnych filmów historycznych przy „Potopie” blednie. Nic dziwnego, że wybitny reżyser Jerzy Wojciech Has, obecny na pierwszym roboczym pokazie ukończonego dzieła Hoffmana, zawołał: „To jest amerykańskie kino!”. Czterdzieści lat temu taki komplement był wyjątkowo cenny.

Rekonstrukcja cyfrowa sprawiła, że obraz nabrał żywszych barw, jest bardziej intensywny, w niektórych scenach po prostu więcej widać. Na przykład kiedy oddział Kmicica jedzie spalić wieś Butrymów, widzimy na dalekim horyzoncie ostatnie promienie zachodzącego słońca. Kiedyś takich drobiazgów się nie dostrzegało.

To jest „Potop” w wersji HD, z czego wnikają, niestety, także nieprzewidziane kłopoty. Widać dokładnie każdą niedoskonałość charakteryzacji, a największy problem jest z wąsami. Zwłaszcza w porze zimowej, kiedy szron je okrywa. Trudno nie zauważyć, że przyklejone jak w teatrze.

Sceny „krwiste” też wyglądają mało przekonująco, jakby ktoś rozlał keczup. Na szczęście sceny walk i pojedynków są bardzo dynamiczne, i nie każdy widz będzie zwracał uwagę na sztuczny zarost bohaterów.

Cały tegoroczny festiwal będziemy pozostawać w scenografii „Potopu”, ogromne fotosy wiszą nawet w hotelu Gdynia, gdzie mieszka większość gości. Pomijając, że w windzie można spotkać Kmicica jak żywego, czyli Daniela Olbrychskiego. Czyli kolejny triumf autora Trylogii, którego ostatnio czytała „cała Polska”, co zresztą skłoniło dziennikarza „Gazety Wyborczej” Romana Pawłowskiego do ostrej filipiki przeciw temu, jak to określił Gombrowicz, „pierwszorzędnemu pisarzowi drugorzędnemu”, przez którego kierowcy jeżdżą „po pijaku” po polskich drogach. Odbyła się na łamach mała dyskusja, po polemicznych głosach kolegów Pawłowski spuścił nieco z tonu, zaczął tłumaczyć, że Sienkiewicza czytać trzeba, ale mądrze. Słuszna uwaga.

Nie wiem, jak będzie w normalnych kinach, ale w Gdyni widownia przyjmowała „Potop” bardzo żywiołowo. Często rozlegał się śmiech, i to niekoniecznie w scenach humorystycznych, których nie brakuje. Co łatwo wytłumaczyć, przecież wiele dialogów z „Potopu” weszło do języka popkultury, do reklamy, kabaretu, potocznych ripost. Już nie sposób odbierać je serio.

Trochę też przez minione czterdzieści lat zmieniło się aktorstwo, a tymczasem na ekranie niektóre kwestie wypowiadane są w teatralnej manierze. Z drugiej strony – niektóre aktorskie popisy widownia kwitowała oklaskami przy otwartej kurtynie, jak się kiedyś mawiało w teatrze. Brawa rozległy się podczas sceny pojedynku Wołodyjowskiego z Kmicicem czy Kmicica ujeżdżającego konia (to już były oklaski dla Olbrychskiego).

W sumie bardzo dobre przyjęcie, ale zarazem świadczące o tym, że „Potopu” dzisiaj całkiem serio odbierać się nie da. W każdym razie na pewno pokrzepienia serc nikt nie oczekuje. Wybierzmy się więc do kina nie na lekcję patriotyzmu, lecz na (wciąż) dobry film, dzieło Jerzego Hoffmana, świetnych aktorów i najlepszego scenarzysty filmowego, jakiego kiedykolwiek w Polsce mieliśmy, czyli Henryka Sienkiewicza.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Obejrzałam wczorajszą festiwalową projekcję ” Potopu” i mam takie same uwagi jak Pan Redaktor. Sceny bitewne, doskonała jakość obrazu i rozmach filmu robią duże wrażenie, charakteryzacja, która nie spełniłaby dzisiejszych wymagań i ta często teatralna gra. Ale to przecież film sprzed 40 lat. Na 3- godzinnym filmie można jeszcze wytrzymać, na dłuższym byłoby trudno. Zastanawiałam się, jakich skrótów dokonano w filmie, ale niczego sensownego nie odkryłam. Doszłam za to do wniosku, że tyle urazów głowy, jakie odniósł Andrzej Kmicic nie mogło nie pozostawić śladów na stanie jego umysłu.

  2. To prawdziwy prezent dla fanów Potopu, do których się zaliczam. Obejrzę z przyjemnością:)

    @krystyna,

    Przed urazami głowy Kmicic był trudniejszym człowiekiem niż po. Wygląda na to, że te ciosy mu pomogły. Trepanacja działa:)
    Swoją droga pierwowzorem powieściowego Kmicica był zdaje się warchoł Samuel Kmicic, przy którym Andrzej to grzeczna panienka:)

  3. Następnym krokiem będzie „Potop” w wersji reżyserskiej, dłuższy o trzy godziny od pierwotnie emitowanej.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czy zremasterowano również ścieżkę dźwiękową? W tej warstwie wielkim bogactwem „Potopu” jest przecież również głos Leszka Teleszyńskiego, za który dałbym się pokroić radziwiłłowskim rapierem. Wiem co mówię, audiobooki czytane przez niego to uczta jakich mało.

  6. A tłumaczenie na francuski przewidzieli? Jak na razie większości polskiej klasyki lżejszego kalibru nie można nikomu we Francji pokazać ponieważ ani filmów z napisami ani z dubbingiem nie można znaleźć.

  7. Lepszyy bo pocięty i krótszy? I przez to „gratka” dla kinomanów? Byłem na Nimfomance, 4 godziny i wybieram sie na wersję reżyserską – prawie 6 godzin. Współczesne kino i obecni „kinomani”.
    P.S.
    Potop Redivivus. Na początku naprawdę jest taki tytuł?

css.php